Rozmowa telefoniczna Donalda Trumpa z Wołodymyrem Zełenskim, która miała miejsce 4 lipca – dzień po nieudanym kontakcie Trumpa z Putinem – wydaje się być symbolicznym punktem zwrotnym nie tylko w relacjach amerykańsko-ukraińskich, ale także w globalnym podejściu do rosyjskiej wojny informacyjnej, nuklearnego szantażu i nadal trwającej pełnoskalowej agresji na Ukrainę.
Jak ujawnił Financial Times, Trump wprost zapytał Zełenskiego: „Wołodymyrze, czy jesteś w stanie uderzyć w Moskwę? W Sankt Petersburg?”. Ukraiński prezydent miał odpowiedzieć jednoznacznie: „Oczywiście. Dam radę, jeśli dacie nam broń”. Według źródeł FT i Washington Post, Trump nie tylko zaakceptował tę odpowiedź, ale uznał ją za element strategii „sprawienia, by Rosjan zabolało”, co miałoby doprowadzić Moskwę do realnych negocjacji pokojowych – a nie symulowanych rozmów znanych z praktyki Putina.
Choć rzeczniczka Białego Domu Karoline Leavitt starała się złagodzić medialne echa tej rozmowy, podkreślając, że Trump „tylko zadawał pytania”, to reakcje Kremla i niepokój w rosyjskich mediach reżimowych są nie do przeoczenia. Rosja, która przez dekady budowała obraz swojej nietykalności, nagle stanęła w obliczu pytania: co jeśli ukraińskie rakiety i drony naprawdę dosięgną Moskwy lub Petersburga?
Pajęczyna demistyfikuje Rosję
Na nową odwagę Ukrainy złożyło się coś więcej niż słowa Trumpa. W tle warto przypomnieć o niedawnej ukraińskiej operacji specjalnej „Pajęczyna”, przeprowadzenie której zdemaskowało wiele słabości Federacji Rosyjskiej – nie tylko militarnych, ale także technologicznych, logistycznych i informacyjnych. To właśnie tej operacji społeczność międzynarodowa coraz rzadziej patrzy na Rosję jak na „niepokonanego giganta” – a coraz częściej jak na państwo uzależnione od szantażu atomowego i wojny hybrydowej.Pajęczyna” wykazała, że nawet najgłębsze struktury rosyjskiego państwa – służby, sektor energetyczny, cyberbezpieczeństwo – mogą zostać skutecznie sparaliżowane przez zorganizowane i inteligentne działania przeciwnika. Ujawnione przez media nagrania, przecieki, sabotaże i ataki pokazują, że Rosja jest bardziej bezbronna niż stara się pokazać. I że to nie Zachód, ale sama Rosja rozpada się od środka.
Zniecierpliwienie USA rosyjską grą pozorów
Waszyngton, który przez lata próbował balansować między pomocą Ukrainie a strachem przed eskalacją, najwyraźniej traci cierpliwość. Administracja Trumpa rozważa obejście ograniczeń Kongresu przez przekazywanie Ukrainie broni dalekiego zasięgu za pośrednictwem krajów trzecich. Na liście, którą przekazano Zełenskiemu, znalazły się m.in. systemy uderzeniowe ATACMS, które – choć już używane – nie pozwalają razić celów na terenie samej Rosji. Dlatego Ukraina stara się o pociski manewrujące Tomahawk, o zasięgu 1600 km.
Biały Dom – według źródeł FT – obawia się „braku powściągliwości” Kijowa. Ale te zastrzeżenia słabną w miarę jak Putin prowadzi kolejne ataki rakietowe, wykorzystując nowy pocisk „Oriesznik”, a rosyjskie MSZ ogłasza zaktualizowaną doktrynę nuklearną, która grozi atakiem nawet na USA i Wielką Brytanię.
Czy to koniec kremlowskiej fikcji?
Podwójna gra Moskwy – z jednej strony rozmowy pokojowe, z drugiej eskalacja – wyczerpuje cierpliwość Zachodu. Trump, określając rozmowę z Putinem jako „złą”, pośrednio zasugerował, że nie zamierza dalej uczestniczyć w rosyjskim teatrze pozorów. Stwierdził nawet, że powiedział Putinowi, że uderzy na Moskwę. Ukraina natomiast, uzbrojona w środki dalekiego zasięgu, mogłaby nie tylko odzyskać terytoria, ale realnie zmusić Moskwę do kapitulacji przy stole negocjacyjnym – tym razem już bez fałszywych uśmiechów Putina.
Tym bardziej, że Zachód uczy się, że każdy dzień zwłoki oznacza kolejne setki ofiar. A skoro Rosja nie zna umiaru, być może jedynym językiem, który Moskwa jeszcze rozumie, są realne straty – również na własnym terytorium.
Jerzy Mróz
Źródła: Financial Times, The Washington Post, pravda.com.ua, PAP