Wiadomości będą wysyłane raz w tygodniu, na koniec tygodnia. Adresy e-mail będą wykorzystywanie jedynie do mailingów w ramach Strefy Wolnej Prasy. Nie będą przedmiotem sprzedaży innym podmiotom.

Jesteś tutaj:
Home > Edukacja > Rzemiosło jest zaniedbywane – wywiad z Emilianem Kamińskim cz. II

Rzemiosło jest zaniedbywane – wywiad z Emilianem Kamińskim cz. II

Emilian Kamiński to nie tylko znakomity aktor i reżyser, ale także wspaniały człowiek, założyciel Fundacji Atut i Teatru Kamienica, którego jest dyrektorem. Jego dorobek obejmuje ponad setkę ról teatralnych, filmowych i musicalowych. Emilian Kamiński z wyróżnieniem ukończył warszawską Państwową Wyższą Szkołę Teatralną. Obok twórczego usposobienia i talentu, który wielokrotnie przejawiał się w jego karierze zawodowej artysta jest osobą o wielkiej empatii i szczególne znaczenie w jego życiu ma pomaganie potrzebującym. O jego dużym potencjale tworzenia rzeczy niebanalnych, wartościowych i zawsze aktualnych oraz ogromnej wrażliwości zarówno w czasie pracy jak i w życiu prywatnym czytamy w poniższym wywiadzie, dziękując jednocześnie za ciekawą i rzeczową rozmowę, a przede wszystkim poświęcony nam czas.

Część II

MW: Czego Pana zdaniem brakuje dzisiaj w kulturze i sztuce? Albo czego powinno być więcej? Co jest zaniedbywane? 

EK: Rzemiosło jest zaniedbywane. Zdecydowanie. Brakuje też takiego umiłowania dla rzemiosła. Każdy majster, którego spotkałem, w jakiejkolwiek ze sztuk, mówił mi o rzemiośle. Każdy. Czy to był malarz, Beksiński na przykład. Proszę, jaki rzemieślnik. Czy Łomnicki w aktorstwie, czy pan Swinarski w reżyserii. Grzegorzewski. Bardzo wielu poznałem takich majstrów prawdziwych, w różnych dziedzinach sztuki. I tak jak pamiętam, żaden nie nazwał się artystą. Nawet Tadeusz Łomnicki, jak powiedziałem do Niego: “Mistrzu”, to on odpowiedział: “Jak Cię kopnę w dupę zaraz. Jaki mistrzu? Jestem majster. A Ty jesteś czeladnik”.

To jest właśnie coś takiego. Artystą może cię nazwać widz, odbiorca twojej sztuki. Ty nie masz takiego prawa, ty masz wykonywać swój zawód, rzemiosło. I tak, jak spotykałem się z rzeźbiarzami, malarzami, to dobry zawsze wykonuje swoje rzemiosło. On wie, że tyle i tyle trzeba pracować, żeby osiągnąć taki a taki efekt. A propos Łomnickiego, on robił wybitne role. Jedną z najwybitniejszych był Feuerbach. Kiedyś go zapytałem: “Majster, ile prób, ile razy ten tekst Feuerbacha zrobiłeś?” I dałem dla porównania tych chopinistów na Konkursie Chopinowskim, tych koreańskich, chińskich, japońskich, jak oni to precyzyjnie wykonują. To są niezmiernie pracowici ludzie, prawda? Oni dochodzą rzeczywiście do jakiegoś artyzmu. To co widzimy, później słyszymy, to jest prawie niemożliwe, że człowiek do takiej perfekcji dochodzi. Ale dochodzi. I to jest w porządku. Muzycy generalnie dużo ćwiczą. Jak jest z aktorami?

I pytam Tadeusza Łomnickiego: “Ile razy ten koncert, te nuty Feuerbacha były przez Ciebie próbowane, nim pokazałeś, nim zagrałeś ten koncert dla widowni?”

On mówi: “Zgaduj”. To mówię: “Osiemdziesiąt”. A On do mnie: “No co Ty?” Więc ja „120?”, „Co Ty?” – odpowiada, pytam dalej „150?”, a on: „Co Ty? 300!”

Macie odpowiedź, rzemiosło. Taki Aktor! Tak wielki Aktor! Porównywany do największych aktorów na świecie, o ile w swoim czasie nie był największym, po prostu. W czasach Artura Ui na przykład. Jack Nicholson przyjeżdżał do Warszawy, żeby oglądać Tadeusza Łomnickiego w Arturze Ui. Jaki majster. I teraz powiedzcie to aktorom współczesnego pokolenia. On by chciał wchodzić bez przygotowania, od razu. To jest nie do pomyślenia. Trzeba pracować razem z doświadczonymi aktorami albo nie zawracać sobie głowy aktorstwem. Ja na przykład pilnuję roboty, pilnuję rzemiosła. Nie dopuszczam do tego, żeby nie było to przygotowane do końca. Jak widzę, że jest reżyser, który nie daje sobie rady albo jest za słaby rzemieślniczo, albo intelektualnie, to muszę mu podziękować. Może być fajnym kumplem, ale to musi zrobić ktoś, kto się zna na tym rzemiośle, kto jest rzemieślnikiem. I tego brakuje w sztuce, rzemiosła. Wielu hochsztaplerów, na przykład w teatrze, łapie się, żeby tak zaszumieć.

Jedna reżyserka powiedziała aktorom: “Robimy Moralność Pani Dulskiej”. No i oni przyszli. Młoda reżyserka, młode pokolenie. „A gdzie kobiety, gdzie Dulska?” – zapytał któryś z nich. „Nie, to będą sami mężczyźni. To będzie taka komuna homoseksualna, taka gejowska komuna.” – odparła. „Jak to? Dulska, Zapolska, komuna gejowska? Jak to tak?” – zdziwił się.. „Tak” – oznajmiła – „I będziecie grali nago. I oni wszyscy wstali i wyszli. Brawo chłopcy. Brawo! Już widać, że ta baba kit im sprzedawała. Już nie ma nic do powiedzenia, albo już ma tak we łbie pociapane, rozumiesz, że ona coś takiego wymyśla. No na Boga. Jak chcesz robić o gejowskiej rodzinie, to sobie napisz. Ale nie bierz biednej Zapolskiej, nie zasłaniaj się jakąś Zapolską, bo to jest zawracanie głowy. Zapolska jako autor to napisała i jej się należy jakiś szacunek, na Boga żywego, no. To właśnie brak rzemiosła.

MP: Artur Rubinstein zwykł był mówić: “Jak dzień nie gram, to ja to słyszę. Jak nie gram dwa dni, to zaczynają to słyszeć inni”. Jego rodzina miała z nim duży problem, gdy mieszkali w Paryżu, ponieważ musieli chodzić w specjalnych kapciach, żeby nie było słychać żadnych niepotrzebnych dźwięków. Bardzo zemścił na muchy, bo po odegraniu jakiejś części utworu musiał zaczynać od początku.

EK: Ale ja mam to samo w teatrze. Z Olafem gramy w sztuce Kolacja na cztery ręce. Ja gram takiego pozytywnego świra Haendla. Wyprowadzam coś, strasznie pracuję, żeby widownia zawisła, rozumiesz, żeby zawisła w ciszy, mam tę ciszę i będę nią gospodarował. Tam w tej ciszy nie ma tej brzęczącej muchy. Jest pauza i tam musi być cisza i dopiero on w tej ciszy wchodzi żyje jego sztuka. Tak ma być. I ja to robię, i udaje mi się uzyskać tę ciszę poprzez napięcie, moją technikę, zostawmy to.

I w tym momencie za kulisami garderobiana głośno mówi że aż słychać na widowni: „Ja nie chce sera, ja wole jogurty truskawkowe, sobie kupiłam”. Normalnie ględzi, rozumiesz, starsza pani garderobiana. No chłopie, rozumiesz?!

Ja podchodzę do niej i mówię: „Teresa, jesteś w teatrze, ja pracuję, to jest świątynia. Tu się odbywa msza w postaci spektaklu. A ty w ogóle, jakim prawem cokolwiek mówisz? Zamknij się, nie rozmawiaj.” To jest mucha u Rubinsteina. To jest to! Ja go absolutnie rozumiem.

MW: Jaki jest dzisiejszy widz w Pana opinii?

EK: Nikt nikogo nie zmusza, żeby przyszedł do teatru. Więc dla mnie, ten widz jest najważniejszy. Ja mówię o sobie. Bo ja z niego albo dzięki niemu żyję. Jak on nie przyjdzie do kasy i nie zapłaci za bilet, to ja nie mam z czego zapłacić czynszu i zamykam budę. Czyli dla mnie to jest podstawa mojego istnienia, ponieważ nie mam żadnych dotacji. Tylko PKN Orlen jest już drugi rok naszym platynowym mecenasem. I chwała im za to, że nam pomagają. Ani miasto, ani nikt z zarządu miasta nie jest zainteresowany współpracą tutaj z Kamienicą w szerokim zakresie. No ale trudno. Natomiast ten widz jest takim prawdziwym mecenasem. On jest dla mnie najważniejszy. I tu, w teatrze, bardzo się widza szanuje. Nie tylko jako osobę, ale także jako intelekt.

Pamiętam, jak byłem w innych teatrach, to pejoratywnie mówiono o autokarach. Z taką niechęcią i dezaprobatą. Dla mnie to było zawsze coś wspaniałego. Ci ludzie z daleka, kilka godzin jadą. Jest im dużo ciężej, żeby przyjechać i zobaczyć spektakl. No nie wolno ich deprecjonować, trzeba ich jeszcze zachęcić, pomóc im. Raz się zdarza widz chłodniejszy, raz bardziej gorący, bardziej intelektualnie rozwinięty. Czasem młodzież przychodzi, czasem chłopcy chcą się popisać i rozrabiają, ale z tym sobie można poradzić. Tylko trzeba tego widza szanować. Wielokrotnie w teatrach się spotykałem się z taką deprecjacją widza i nie rozumiałem tego. Ale potem zrozumiałem. Jeżeli ktoś nie ma dyskomfortu finansowego i ma dotacje, to w mentalności tych ludzi jest to niezbyt ważne, czy ten widz będzie czy nie. U mnie jest odwrotnie. Mam widza, to mam z czego żyć. Dlatego też polecałbym włodarzom spojrzeć na to. Ile się dopłaca do tej kultury i czy te pieniądze są na pewno zawsze dobrze wydatkowane.

Zarzuca się rynek festiwalami. A co to są te festiwale? Nikt tej analizy nie dokonuje. Gdzieś sprowadzają z zagranicy jakiś zespół, teatralny czy muzyczny. Przyjeżdża tutaj. No fajnie. Przyjechał. Hotel, podróż, gaża, próby, etc., wycieczki, bankiety, w porządku. Zobaczcie, jakie to są pieniądze. I oni dają spektakl. W teatrze, gdzieś tam. Ogląda to czterysta, pięćset osób, z czego połowa lub większość to są zaproszeni goście. Tylko garstka kupiła bilety. Ci zaproszeni oglądają po raz 3896 jakiś spektakl. Przyszli sobie, aby przyjść. Ten spektakl w żaden sposób ich duszy nie poruszy. Bo oni są tą stałą ekipą, która na wszystko przychodzi. I czasem coś tam napiszą albo nie. I przychodzą oni albo ich służący, czy babcie ich albo wnuczki. Zobaczcie, co zostaje po takich wydatkach? Podczas, gdy się prowadzi repertuarowy teatr w danym miejscu, to wtedy ludzie przychodzą do teatru. To jest od takiego spektaklu sprowadzonego dwudziestokrotnie tańsze. I ci ludzie, którzy przyszli, oni na prawdę z tego skorzystali, w tym konkretnym teatrze gdzie krzewiono dla nich kulturę, dla tych czterystu osób. Dwadzieścia razy taniej niż tam. I teraz powstaje pytanie w głowie, na cholerę taka ilość festiwali?! Co to daje? Czy nie lepiej wzmocnić własną tkankę, własną twórczość? A nie pozwalać na tak bardzo wyrzucane pieniądze. To są naprawdę zmarnowane pieniądze.

MW: Jaki będzie teatr przyszłości Pana zdaniem?

EK: No mam wielki niepokój. Jeżeli to będzie szło w tę stronę, w jaką idzie, to mam na prawdę niepokój, że teatr się staje takim miejscem nie spektakli, ale zdarzeń. To nie jest reżyser, to jest taki ktoś kto ma zaszokować i na tym oprzeć całość przekazu. A na przykład wpuśćmy krowę na scenę, niech przeleci. A na niej taki goły facet będzie jechał. Fajnie tak, nie? Ale co jeszcze? A na to jeszcze taki deszcz spuścimy ze srebrnych igieł. No fajnie, super. Tak jak koleżanka przyszła do mnie w pracy, gdzieś tam we Wrocławiu pracowała z jakimś reżyserem. Ona jest po szkole teatralnej i wyznała, że po tamtym przedstawieniu chciała odejść z zawodu. Zapytałem dlaczego?
„Bo nas aktorów tam nie było w ogóle. Reżyser nas tam w ogóle nie przewidział. On nie zrobił żadnej uwagi do naszego udziału w tej sztuce. Kazał nam się rozebrać i latać między dymami i inscenizacjami, reflektorami. Kazał coś krzyknąć. Jak mieliśmy jakiś tekst, to on mówił, żebyśmy mówili tak, żeby to było niezrozumiałe że to nie musi być zrozumiałe. Żebyśmy mówili tak byle jak, ale żeby było ostro”…

MW: Co się wydarzyło później?

EK: Dziewczyna, która jest dopiero po szkole, chciała zrezygnować z tego zawodu. Dlatego, że on ten reżyser zabijał w niej wszystko, co ona myślała o zawodzie aktora. A to przecież zawód twórczy. On traktował aktorów jak przestawiane meble. Ona się nie dała, udało się jej jakąś koszulę założyć, żeby nie być nagą, bo się wstydziła. Jej koleżanki i koledzy jednak biegali nago. Były jakieś dymy, jakieś świsty, jakieś światła, jakieś lasery. Coś się tam wysuwało, przesuwało, a to, co aktorzy mieli do powiedzenia i ich kwestie nie miały żadnego znaczenia dla tego reżysera. Ja mówię, że to nie był teatr, to nie była sztuka. To była kreacja chorej głowy. I dopiero zacząłem z nią pracować tutaj nad sztuką „Trzecia młodość bociana”. Pracowałem nad rzemiosłem – tu wyżej, tu niżej. Ona patrzyła na mnie jak na barana, dinozaura. Ale Była szczęśliwa. I napisała mi kartkę, że dziękuje, że wróciła jej wiara w bycie aktorką, aktorstwo i teatr. Potem przyszła publiczność, dziewczyna zaczęła grać, zobaczyła jak ludzie reagują na nią, co można zrobić. Jak można poprzez akcent, odpowiednie zagranie zaistnieć na scenie jako człowiek. Potem mi napisała, że jej wróciła wiara w ten fach. Zatem jeśli teatr pójdzie w tę stronę, o której ona mówiła, to ja widzę jego klęskę. Jeżeli jacyś mądrzy ludzie się opamiętają i zaczną bronić rzemiosła i profesjonalizmu w teatrze, to może on się ostanie po prostu. Ja na pewno będę bronił. Kamienica będzie broniła.

MW: Czy interesuje się Pan malarstwem?

EK: Tak trochę. Kiedyś w Akademii Sztuk Pięknych były wystawione prace dyplomowe i były dwie podobne prace. Przy tych pracach stali ich autorzy, to było fajnie zrobione. Jedna z prac miała takie trzy kolorowe kreski, pamiętam. Jakoś tak była skomponowana. I druga też miała trzy kreski. Tylko ta z lewej mnie nie interesowała, a ta z prawej bardzo. Tak sobie myślę, na czym to polega, że tu jest jakiś świat, a tu zupełnie nic nie czuję. Więc podszedłem to tego autora, u którego rozumiałem te kreski i zapytałem: „Rysujesz?” „Tak, oczywiście.” odparł. „A narysujesz rękę?” – zapytałem znowu. „Ale jaką? Dziecka, starca?” – chciał uściślić. „A umiesz tak?” – dodałem. „No jasne” – odparł. „No to daj starca.” – zdecydowałem, no i w dwie minuty była ręka. Potem spytałem, czy łeb konia też narysuje. „Araba, czy innego?” – padło znowu, więc odparłem, że araba. I w moment jest. Podziękowałem mu. Na koniec zapytałem jeszcze o te trzy kreski. „A to chciałem wyrazić takie emocje.” – wyjaśnił. Wtedy podsumowałem; „A ja to czuję. Na mnie to działa. Może inaczej niż na każdego, ale na mnie to działa. Ja się dialoguję z tym obrazem.”

Później udało mi się złapać tego drugiego, co nie rozumiałem jego kresek. Mówię: „Czy ty rysujesz?” A on na to: „No miałem rysunek na akademii.” – oznajmił. „Dobra. A czy byś mi narysował rękę?” – zapytałem. „A po cholerę?” odparł. „A łeb konia?” – nie ustępowałem. „Nie, ja się końmi nie interesuję.” – rzucił. „A coś umiesz narysować?” – spytałem wreszcie. „Nie, ja się w ogóle rysunkiem nie zajmuję. Mnie to nie interesuje.” – odpowiedział. Wtedy go podsumowałem. „A to widzisz, to dlatego nie rozumiem twoich kresek. Dlatego, że namalowałeś trzy kreski chłopie, których ja nie rozumiem. Bo nie masz rzemiosła.”. On nie miał podstaw. Jak zobaczycie malarstwo Picassa od początku, to widać jak to się rozwijało, od czego on zaczął i jak to się w nim rozwijało. Warto to przejść, dla ludzi, którzy nie rozumieją, ja sam na początku nie rozumiałem. Dopiero wtedy się zrozumie na czym polegał jego geniusz. Geniusz tych obrazów na końcu jego malarstwa.

MW: Kim by Pan był, gdyby nie był Pan aktorem i dlaczego?

EK: Lekarzem. Dlatego, że chciałem być lekarzem. Nie miałem biologii w technikum ekonomicznym i to mi nie pozwoliło.

MW: Jaka specjalizacja?

EK: Specjalizacja lekarz ogólny, czyli rozpoznawanie chorób. To mnie najbardziej interesuje. Czyli ten pierwszy kontakt. Lekarz pierwszego kontaktu. Przepraszam za brak skromności, byłbym dobrym lekarzem, bo mam w tym kierunku rozpoznawania pewne zdolności.

MW: A może to się też Panu przydaje w obecnej pracy?

EK: Bardzo się przydaje. W aktorstwie, w pisaniu. Ja dużo piszę, reżyseruję, pracuję z aktorami, to się bardzo przydaje.

MW: Czego by Pan życzył dzisiejszym aktorom, widzom, twórcom?

EK: To trudne pytanie. Ja bym życzył, żeby mogli tak żyć, żeby ich życie miało pełną wartość. To jest to. Ja lubię w życiu wypełniać czas, który mi Bóg przeznaczył, czy los mi przeznaczył. Żeby mieć siłę, umiejętności i możliwości wypełniania tego czasu. Takie coś.

MW: Bardzo Panu dziękujemy za wywiad i poświęcony czas.

EK: Uprzejmie Państwu dziękuję i zapraszam do Kamienicy, żeby spróbować że to, o czym tu tak dużo mówiłem jest prawdą.

Wywiad przeprowadzili:
– Marta Wdowiak
– Mariusz Paszko

 

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Portal Ludzi Sztuki
Marta Wdowiak
Marketing, reklama, wywiady
http://strefawolnejprasy.pl

Podobne

Leave a Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

W górę